Krzysztof Schodowski – moje wiersze

MITOLOGIA POSIADANIA SYNÓW

nie chciałem by nas oglądano zabarwiłem węglem ściany zasłoniłem okna i przyjmowałem ojców obcych kolegów

przychodzili w ciszy w progu zostawiali buty marynarki sztruksowe spodnie na wersalce pustoszały jak żony

teraz patrzy na mnie tata olka – ten najbardziej wytrwały w ćwiczeniach wchodzi coraz głębiej myślę że jest uparty czasem przynosi ciuchy po starszym chłopcu

(najbardziej lubię koszulę w stalowe prążki jego więdnące dłonie w obłędzie) mitologia posiadania synów nie przestroi zrywów natury – mówi szczytując we mnie nie wiedziałem że skrzypi klamka dopóki nie zamknął za sobą drzwi i ten dźwięk był większy niż czas o wiele większy niż czas.

MASZYNOPISY I GENERATORY

wypolerowali rzekę umywalką okolicznego krajobrazu
Karol Samsel, Autodafe

uknułem w sobie skręta o zmyślnym imieniu
wojenka to rodzaj asamblażu szczyt rekwizytów
który zalewa się wrzątkiem gdy przestaje pracować
i w ramach rehabilitacji poszerza się jak rak albo
inne rozległe oparzenie – tyle mówią o mnie

maszynopisy i generatory pasków tvp: w nocy
z drugiego na trzeciego listopada krzysztof s.
bawił się z językiem w słoneczko zauważają
sąsiedzi jeden z nich miał kogoś na boku

uknułem w sobie skręta na okładce blaszanego
bębenka to rodzaj traktatu kiedy pukają w okna
wychodzą z książek antykwariatów uroczyście
podrzynają gardło wkładają do rzeki ozory jak trumny ze świeżym nasieniem.

OTO WYTRAWNY OBRAZ

oto wytrawny obraz w którym mieszkają stulecia
cieni – kobiety zapomniane przez wiatr mężczyźni zwiastujący burzę. nie wiem naprawdę już nie wiem dokąd prowadzą noce pełne iskier i szkła albowiem poznałem już ręce

znam najciemniejsze półtony lecz w świetle barów
czy to głód podbrzuszy tak bardzo mnie rozprasza
tak bardzo przetwarza? wciąż zdaje mi się że szepczesz:

masz uda jak bachmann chcę w nich zakorzenić pestki –
sierpowate niezliczone łzy pragnę by grzechotały jak kamykiuwięzione w pękniętej otchłani.

CZARNY PIĄTEK

na lekcjach nosił koszulę w kratę i wytarte jeansy
ale trzy dni temu był kompletnie nagi wisiał nade
mną jak księżyc – to jest ten rodzaj spokoju
którego nie potrafi przyjąć papier robię się
więc milczący gdy dzieli materie: pot wzdłuż
jego pleców i ciężar zwierzęco stapia włosy

kawałkuj się dla niego kawałkuj ustawiony
porządek: noce na pohybel w hotelowych
łóżkach (żony matki precz – ojcowie
pozostać) przekręć klucz niech będzie
od środka od drzwi do skóry na efekt pracują miliony sekund (kadr na dłoń – zegarek wyostrzyć złagodzić olbrzymie palce) oto najlepsze sekwencje my first
daddy ale nie jest to już ważne

w wierszu liczy się konkret (tak mówią
poeci z trójmiasta) więc inaczej: trzy dni temu
śniłem seks z polonistą nie widziałem go dziesięć lat
więc skąd nagle przyszedł i wziął poza protokołem cały ten sen pachnie b(l)untem skomleniem psa przy biurku gdy mówię zostaw moje sznurówki (zair!) nie przerywaj żałoby (będę ją potem szczotkował latami upinał w kobiece koki). niech wypełni akustyczne dziecko co ubrane w korytarze w zachodnim skrzydle zasiada w pierwszej ławce i krzyczy weź mnie pierwszego; niech ta ławka nigdy z niego nie wyjdzie jak odpalenie fejsbuka z nagłą informacją o śmierci jakaś część mnie zaczyna pakować walizki, gdy widzę klepsydrę powoli li-te-ru-ję nazwisko

– to nie jest sample story to pogrzeb ojcowizny nagły jak atak padaczki który obiera psa od głowy wyłącza ze smutnego systemu jakim jest polska oświata (choć wtedy nie było tak źle) i płaczę głaszcząc dobermana zanim odzyska przytomność jego sierść jest oleista gęsta od moczu i potu; i patrzę na moje dłonie bo w tym świetle wydają się takie si(l)ne.