Wakat” to kwartalnik literacko-kulturalny, a Krzysztof Schodowski jest jednym z wyjątkowych artystów, którzy znaleźli swoje miejsce w jego stronach. Kwartalnik ten to przestrzeń, gdzie różnorodne formy sztuki i literatury spotykają się, tworząc inspirujący dialog. W tej kontekstowej przestrzeni, prace Krzysztofa Schodowskiego osiągają wyjątkowy wymiar, rzucając nowe światło na opór ciała wobec rzeczywistości. W numerze Wakat-46 opublikowano wiersz Sadowskiego pt. „Szwargot”.

Wiersz – Szwargot

Andrzejowi

hej ojcze hej każdy ma swojego boga tylko kto go podjada
gdy na biało ściany jakby się odchodziło i przetaczało w kaloszach ciała w środek deszczu

które pod maszynerią innych szkieletów przylegały do łóżek
w motelach patrząc jak zalewajka z wilgoci bucha w żołądek
niczym biały kruk nabity na szpadel

które i tak nie mają w nas swoich kotwic są jak stroboskopy
wypadające na kamienne podwórza całe w śniegu i ekskrementach wysokobiałkowej technologii co za lajk wynagradza a za brak skarży

które wisiały mi złotówkę w żabce za koryto koryto pełne snów
i protoplastów żywszych niż chłód – tak nas widzą zderzacze hadronów ale tylko w wersji: i ty jesteś prawdziwym hetero cztery godziny na dobę

które zasiedlały jedwabniki z nadzieją że wyrosną z nich wierne pałuby o spuszczonych głowach lepkich jak kaganiec o czujności detektorów metali (ważące tyle co pytania z gatunku warum banana ist chrum chrum)

które widzą w nas fale dźwiękowe sypkie jak dynamit pełne jak fotosynteza gdzie dotyka się ot tak jakiejś najprostszej prawdy w stylu: fajka albo jazz ale to wybór w którym się grzęźnie

które wyniosły z okien mojej prawicy zelżałe konstrukty społeczne takie jak butelki naciągane gwarem szerokopasmowe gorsety na ciągotki skrojone pod różaniec by nie obudziły chuja po mojej lewicy (pamiętam tamto gili gili las w samochodzie marki nostalgia)

a pytałem tylko kim jest ten kamień który sobie myśli że jest mną
kiedy na nim siedzę po obiedzie a pytałem tylko czy jestem już
wystarczająco blisko by rozładować ciała ze zmierzchu

*

są ojcowie których nie miała cała polska to w ich drzwi zastukam
choć widzę tylko zaśniedziałe gniazda koszary na pełnej kurwie w białych rękawiczkach od bouga a te w jedynej cenie: przeklepię twoją świadomość
w medalik w wierne wąwozy bez granic (żelazne what the fuck czuwa)

są ojcowie których nie miała cała polska którzy kończą z małpką
pod sklepem wychyloną na szybko przed powrotem do domu w szlak znieczuleń którzy po pospiesznym wytrysku wilgotnieją i biegną pod prysznice by zmyć z siebie pozostawione nagrobki (piękne póki ciepłe)

są ojcowie których nie miałem nigdy później pogrzebani w domach jednorazowego użytku cierpkich jak owoce tarniny wiotkich jak głód na dropsie gdzie połyka się suszę na rzecz rozładowania nieosiągalnego: stałość w paraliżu grabi jak za zboże więc klepią promocje

są ojcowie których nie można zapomnieć w gminnych miasteczkach na wschodzie miłe ludobójcze wieczory wśród fajerwerków typu: klasyka
screena albo foxtrot bez poręczy na szale (czyja jest ręka która ich karmi do kogo należy pstryczek)

*
i rozkorzeniam pręgi na plecach ojca utkane przez lata
(śliskie i ciastowate) choć nauczyłem się już wybaczać zrywy
mięśni zamykających usta gdy wewnątrz wyładowane stadiony

i rozkorzeniam ten wiersz bo chciałbym by stał się koszernym
emotikonem dla mas choć do tej chwili pękają mi purchle po
friendach (plansze do łzy które palą) i trzeba odchodzić by nie obrać siebie do kości dla pięciu minut na scenie (memento na wrzesień
i inne miesiące klęski)

i rozkorzeniam głowę z chłopca rozebranego przez wasze piękne prometejskie kręgosłupy co zapętliły się w latach w smutny rym o odchodzeniu: tego nie robi się kotu i inne pokrewieństwa z pornosów na vhs

i rozkorzeniam skręty po głosach ojców którzy doszli poza antyramy mojego utytego ciała podsmażanego przez próżnię znajdując weń czas który nie wybrzmiał i tak jak matki rozczesują włosy swoich córek (brzmi jak więź niewysłowiona) tak oni goszczą we mnie cierpliwie na podobieństwo więźniarek dłubiących w matrycy celujących w rankor z powtórek